top of page

Noworocznie.... #2026



Miał być bal.


Tak się podobno wita Nowy Rok.


A wyszło inaczej.



Zamiast parkietu – własne łóżko.


Zamiast toastów – pauza.


Zamiast fajerwerków – cisza,


I w tej ciszy dopiero się własne serce słyszy


(podobno:).



„Niech żyje bal” – śpiewała kiedyś Maryla Rodowicz.


I pomyślałam, że może bal bywa też wtedy,


gdy świat zwalnia i nie da się już nigdzie uciec.



I w tej ciszy – bez planu, bez celebracji –


przypomniała mi się stara opowieść o zmianie.



Kiedy życie zaczyna wrzeć,


wrzuca nas wszystkich do jednego garnka.


Nie pyta.


Ale każdy reaguje inaczej.



Jedni są jak kawa –


im dłużej się parzą,


tym więcej aromatu wydobywają


i oddają światu.



Inni jak jajko –


twardnieją,


chroniąc to, co w środku.



Jeszcze inni są jak marchewka –


miękną,


stają się bardziej strawni,


bardziej dostępni.



Ten sam ogień.


Różna alchemia reakcji.


Żadna nie jest lepsza.


Każda jest czyjąś odpowiedzią na życie.



I pomyślałam, że może w Nowym Roku


nie warto życzyć sobie „lepszego”.


Może czasem wystarczy chwila świadomości –


kim jestem w tym wrzeniu.


I trochę szacunku dla drogi.


Dla wysiłku.


Dla robótek ręcznych


i tych zupełnie niewidzialnych.



Planów – tyle, żeby znać kierunek.


Bo życie, jak wiadomo,


tańczy się czasem wolniej,


czasem nie w takt,


a czasem… w ciszy.



Więc życzę nam roku,


w którym umiemy się zatrzymać, kiedy trzeba.


I tańczyć, kiedy jest na to siła.


I szanować to, co już się wydarzyło.



Bo czasem bal zaczyna się wtedy,


gdy gaśnie muzyka.



I życzę nam żebyśmy nie przegapili tego,


co jest tuż przy skórze,


kiedy patrzymy daleko poza horyzont


wabieni życzeniami


na noworocznym dopingu:)



 
 
 

Komentarze


bottom of page